Pomysł naszej wycieczki do Norwegii zrodził się podczas wizyty Tomka (kuzyna Pawła), który mieszka tam na stałe. Tomek zaproponował nam przyjazd i pomoc w zorganizowaniu wycieczki. Odebrał nas z lotniska w Oslo i, co najważniejsze, pożyczył samochód oraz wiele innych rzeczy niezbędnych do biwakowania. Jesteśmy Tomkowi ogromnie wdzięczni, ponieważ dzięki niemu mogliśmy spędzić kilka wspaniałych dni w Norwegii i zobaczyć wiele ciekawych miejsc.A oto jak zaczęła się nasza wyprawa…
Z Arendal następnego dnia rano wyruszyliśmy drogą nr 42 przez Evje, następnie drogą nr 9 do drogi nr 134. Już od początku mijaliśmy skałki wśród bujnej roślinności. Skałki stawały się coraz większe, tak że już po półgodzinnej drodze jechaliśmy krętą górską szosą, raz w górę, raz w dół. Jak się później okazało, serpentynami jechaliśmy już do końca wyprawy. Mało bowiem było prostych odcinków, typowych dla naszych polskich dróg. Mijaliśmy dziesiątki tuneli wydrążonych w skale, wznoszących się i opadających, wijących się przy tym jak zwykłe drogi tyle, że… wewnątrz skał. Było nawet rondo pod ziemią! Tak nas ono rozkojarzyło, że zgubiliśmy drogę, przepłacając tym samym niebagatelną dla nas sumą równą opłacie za pobyt na campingu. Dosyć jednak o drogach…
Mijaliśmy jeziora otoczone górami, rwące rzeki, wśród gęstych lasów iglastych. Każdy kolejny wyłaniający się widok zaskakiwał nas i zadziwiał. Chciałoby się wszystkie te widoczki uwiecznić na zdjęciu, zapamiętać. Co rusz mijaliśmy oznaczony punt widokowy, gdzie można było się zatrzymać i podziwiać piękno krajobrazu. Nie był on tutaj jeszcze taki surowy. Dużo zieleni, łąki, kolorowe drewniane domki tworzyły miły spokojny nastrój. Wiele z domów tutaj w Norwegii ma ceglasty kolor z białymi oknami i wykończeniami. Są też domy o innych kolorach elewacji, ale jedno je zazwyczaj łączy, dach porośnięty mchem. Domy są zadbane, podobnie obejścia. Charakterystyczne są też małe drewniane przystanki autobusowe ze spadzistym dachem porośniętym mchem.
Dojeżdżamy do pierwszego wodospadu Reiarsfossen koło miejscowości Ose. Jest zaskakująco wysoki, wyłania się wśród bujnej roślinności. Wzdłuż wodospadu napotykamy na krzaki malin, które sobie podjadamy. W innym miejscu natomiast trafiamy na pole jagodowe. Jagód jest tutaj mnóstwo, ale nikt ich nie zbiera.
Na postoju w dolinie Setesdal koło miasta Valle przy rwącej górskiej rzeczce robimy krótki odpoczynek.
Im dalej na północ, tym krajobraz zmienia się na bardziej surowy. Jesteśmy już coraz wyżej, mijamy po drodze niewiele samochodów. Kilka szalonych ciężarówek, grupę „narciarzy” na rolkach pokonujących niewyobrażalne wzniesienia, kilka camperów. Mamy wrażenie, że w Norwegii nie ma turystów, ale przecież jeszcze nie dotarliśmy do największych atrakcji Eidfjordu i jedziemy boczną drogą…
Po około 3,5 godzinie jazdy dojeżdżamy do drogi nr 134, gdzie wita nas surowy klimat doliny Haukelifjell z widokiem na wysokie szczyty gór. Gdzieniegdzie jeszcze na szczytach zalega śnieg, a w dolinie poniżej drogi widać jeziora, małe stawy. Roślinność tutaj jest bardzo uboga. Skały pokrywa jedynie mech, a w zestawieniu z głazami, tworzy księżycowy surowy klimat. Czujemy się tam jakoś nieswojo, choć krajobraz jest bardzo oryginalny. Dolina najprawdopodobniej ma też swój specyficzny zimniejszy mikroklimat, ponieważ temperatura tam drastycznie obniża się i wieje silny wiatr.
Za doliną klimat i otoczenie zupełnie się zmienia na cieplejszy. Docieramy do miasteczka Roldal ze znanym XIII wiecznym drewnianym kościółkiem – stavkirke, otoczonym starym cmentarzykiem. Troszkę spacerujemy wokół. Miejsce jest spokojne, zaledwie kilka zaciekawionych osób również zatrzymało się tutaj.
Jest już po południu, około 16:00. Naszym celem jest nadal Eidfjord, ale po drodze chcemy jeszcze na chwile odbić z głównej drogi, aby zobaczyć kolejny wodospad Langfossen . Wyczytaliśmy, że wodospad ten został uznany za najpiękniejszy wodospad przez internetowy portal miłośników wodospadów, a w rankingu z 2011 roku przeprowadzonym przez CNN znalazł się on na liście 10 najpiękniejszych wodospadów na świecie.
Oczekiwania i wyobrażenia nasze więc były ogromne. Na miejscu okazało się, że widok jest rzeczywiście porażający. Niewiarygodne ilości wody, rozbryzgującej się o skały tworzą mgłę. Widok jest fantastyczny, a wodospad widać w całej okazałości z bliska. Z wielu wodospadów, które mogliśmy obejrzeć podczas wycieczki, właśnie ten zapadł nam najbardziej w pamięci. Oprócz widoku z dołu, wodospad można obejrzeć z góry, wspinając się szlakiem po stromym zboczu. Niestety ze względu na czas nie skorzystaliśmy z tej atrakcji, ale wrócimy tutaj jeszcze kiedyś.
Zaledwie kilkanaście kilometrów dalej w dolinie Oddy można podziwiać inny zupełnie
wodospad – Latefossen. Jak się okazało na zdjęciach bardziej „fotogeniczny” od poprzednika. Wodospad Latefossen tworzą dwie równoległe kaskady. Wodospad znajduje się tuż przy drodze ponad urokliwym mostkiem. Po mostku wiedzie droga do Eidfjordu, ale też można przespacerować się romantycznie w mgiełce pochodzącej z wodospadu. Woda spływa podobno z wysokości 165m z płaskowyżu Hardangervidda.
Do Eidfjordu dotarliśmy około godz. 21, krętą drogą przez takie miasteczka jak Odda, Kinsarvik.
Zbocza wzdłuż drogi porastają sady owocowe, stąd w wielu miejscach stoją małe stragany z koszyczkami czereśni na sprzedaż. Nie pilnowane przez gospodarza, czekają na chętnych, którzy kupując owoce, zostawiają wyliczoną kwotę w skarbonce. Bardzo nam się ten rodzaj handlu spodobał i poczuliśmy się tutaj pewnie i bezpiecznie.
Ten dzień był dla nas idealny do momentu, kiedy pogubiliśmy trasy w tunelu. Na rondzie wybraliśmy błędną trasę i baaardzo drogo nas to kosztowało, bo nie mogliśmy się już cofnąć w tunelu. Była to nowa droga wiodąca przez wiszący most nad fjordem, którą podobno otwarto zaledwie tydzień wcześniej.
Nocowaliśmy na campingu w Eidfjordzie znanym Pawłowi z wcześniejszej wyprawy z kuzynem Tomkiem.
Camping znajduje się nad rzeką, która wiedzie do kamienistej plaży znajdującej się przy jeziorze Eidfjord vatnet. Ze względu na brak czasu już nie zdążyliśmy ze spacerem nad jezioro, choć podobno warto. Na campingu nocowało 5 osób. My i trójka Niemców na rowerach. Warunki dla rowerzystów w Norwegii są bardzo trudne i tylko nieliczni decydują się na takie szaleństwo. Pawełek ze zrozumieniem przyglądał się owym szaleńcom, ponieważ on również zdecydował się na taki wyczyn kilka dobrych lat temu, przemierzając w tydzień na rowerze drogę z Moss do Arendal.
Pomimo zmęczenia dniem odczuliśmy wielką satysfakcję z pobytu tutaj. Byliśmy szczęśliwi, że jesteśmy w takim pięknym kraju razem.


























































































