Pierwszy dzień na Florydzie w Orlando zaczynamy największą atrakcją – Disneyland – Magic Kingdom. Dojeżdżamy do Disneylandu autobusem, a potem przez jezioro przewozi nas prom. Już z daleka widzimy słynny znany zamek z „czołówki” Disneya. Od rana jest bardzo upalnie, a wokół pełno ludzi. Już od początku wiemy, że nie będziemy w stanie wszystkiego zobaczyć, więc nastawiamy się jedynie na największe atrakcje.
W pierwszej kolejności witamy się z Myszką Miki. Żeby wejść do jego domu, przywitać się i zrobić zdjęcie trzeba poczekać pół godzinki. To taki sprawdzian, przed kolejnymi kolejkami do atrakcji. Wszędzie trzeba cierpliwie czekać, dziewczyny są starsze więc to rozumieją, Łukaszek o dziwo tez sobie nieźle z tym radzi.
Wokół otacza nas bajkowy świat Disneya. Co krok napotykamy kolejne postacie z bajek, widzimy piękny pokaz księżniczek, tańce i piosenki na tle zamku. Czas jednak na …
Space Mountain w Tommorowland. Super szybka kolejka w ciemnościach, między gwiazdami, z tysiącem szybkich zakrętów. Mocne uderzenie na sam początek dnia. Niektórzy z nas debiutują na roler costerze – Pawełek i Julia wychodzą zachwyceni… a ja odetchnęłam z ulgą. Taki zbyt mocny akcent mógł troszkę ostudzić zapał przed kolejnymi atrakcjami.
W Frontierland trzeba koniecznie być na Splash Mountain. Jest to kawałek drewna – roler koster, którą się płynie w wodzie, po czym z wysokości spada w dół. Na atrakcje czekaliśmy w upale ponad godzinę, ale jakoś nikt z nas nie żałował i te kilka chwil zabawy było naprawdę fajne. Oczywiście wysiedliśmy cali mokrzy, a to była dla nas dodatkowa atrakcja. Film ze Splash Mountain nakręciliśmy kamerką GoPro, więc można zobaczyć nasza radochę.
W Adventureland polataliśmy na dywanie Alladyna na karuzeli, a potem wybraliśmy się na Jungle cruise, czyli wycieczkę po rzece w Jungli. Na koniec dnia zdążyliśmy tez pójść do Jacka Sparrowa z „Piratów z Karaibów”, ale ten show jako jedyny nie wywarł na nas pozytywnego wrażenia – za dużo czaszek i straszności!!!
W Fantasyland za każdym razem jak jesteśmy to idziemy do „It’s a small world” – to taka prezentacja rożnych stron świata, kultur przez tańczące, poruszające się i śpiewające laleczki. Dziewczynki uwielbiają to, ja też, Paweł podobno też, siostra i Dawid też, więc chyba warto tutaj zajrzeć. W „Shreku” pamiętamy jak Osioł z Shrekiem docierają do zamku Duloc, tam witają ich takie laleczki, to właśnie te laleczki z Disneylandu i raczej autor filmu troszkę się z tego naśmiewa, ale my lubimy „it’s a small world” i zachęcamy do obejrzenia. Płynie się wewnątrz budynku i w przyciemnionym świetle spogląda na kolejne postacie śpiewające piosenkę ” It’s a small world”, tak że po wyjściu jest na tyle utrwalona, że już umiesz ją na pamięć.
Na Liberty Square trzeba zobaczyć „Hunted mension”. To taki dom strachów, w nowoczesnym wydaniu. Widzisz „prawdziwe duchy” w pomieszczeniach, które się poruszają, ucztują i aż tak bardzo nie straszą, a efekt wizualny jest zaskakujący, stąd warto to zobaczyć. W Polsce wiadomo nie ma Disneylandu, ale też nie ma nawet jego namiastki w postaci takich „domów strachu”. Zazwyczaj jest to kolejka z wnętrzem w opłakanym stanie i w dodatku ani nie straszy, a jak już przestraszy to w najgorszym stylu niestety…
I jeszcze jeden roller koster Big Thunder Mountain Railroad, tym razem byliśmy na nim w pełnym składzie. Łukaszek też mógł na nim pojechać. Film z tej atrakcji też mamy z kamery GoPro i zapraszamy do oglądnięcia filmu. Tak oto zakończyliśmy wizytę w Disneylandzie.
Była jeszcze kolacja i szybki skok do „Piratów”… zresztą nieudany i wracaliśmy do domu. Po drodze widzieliśmy pokaz konstrukcji świetlnych na wodzie. Ładny efekt na wodzie, taki z wielką pompą, jak wszystko, co się dzieje w Disneylandzie.
Zmęczeni, ale zadowoleni wracaliśmy do hotelu. Po dzisiejszym dniu odkryliśmy w dziewczynach ogromne pokłady energii i siły. Od rana do wieczora na nogach bez marudzenia. Niesamowite… a ćwiczenie na pianinie tak okropnie męczy, że czasami nawet trzeba się położyć i coś na dodatek zjeść. Ale my to rozumiemy doskonale, też odnaleźliśmy w sobie pokłady niewyczerpanej energii na atrakcje u Disney’a. :)




















































































































































































