• Losowe zdjęcia – wspomnienia :)

Na wyspie Korcula – Chorwacja – 13-19.07.2013

Korcula jest jedną z wielu wysp w Chorwacji. Ze względu na jej położenie (południowa Dalmacja), rzadko odwiedzaną przez tłumy turystów. Na wyspę można dostać się promem, nie tylko ze Splitu, ale również np. z Orebic. My wybraliśmy drogę najkrótszą, czyli najkrócej samochodem, zmęczeni już ponad 1000km trasą.

Na wyspie panuje klimat śródziemnomorski. Latem temperatura jest niemal stała około 27*C. Jak dla nas było upalnie, choć jak się okazało po powrocie, to w Polsce temperatury nas całkowicie „rozłożyły na łopatki” (39*C). Ratował nas też wiaterek od morza. Tam na plaży niedaleko Lumbardy odczuliśmy, jak bardzo brakowało nam ciepłego morza, leniuchowania, pięknego widoku i ciepła. Pomimo tego, że Chorwacja słynie z kamienistych plaż, tu na Korculi znaleźliśmy piękną piaszczystą plażę z bardzo płytkim rozległym dnem. Był to raj dla naszych pociech. Krystalicznie czysta woda pozwalała na nurkowanie, szukanie rybek i muszli. Równomierne dno, brak prądów, czy fal czyniły kąpiel bezpieczną. Dziewczynki razem Zosią bawiły się w wodzie niemal non stop, wychodząc z niej tylko pod przymusem. Pilnowaliśmy dziewczyn w wodzie, co jak wiadomo raczej teoretycznie należy do obowiązków rodziców, niż do ich indywidualnych przyjemności, ale  my również odnaleźliśmy w tym ogromną przyjemność i radość, bo jak nie cieszyć się z wielkiej radości dzieci!!! Siostrze udało się nawet popływać, ale już znacznie poważniej. Wiadomo, jako triatlonistka, uczestniczka edycji „Iron Girl” nie przepuściła okazji do treningu. :) Dziadkowie zawsze z nami wychodzili na plażę. Pomimo wysokich temperatur, byli zawsze z nami, pomagając w opiece nad dziećmi. Sprawdziło się powiedzenie, że dziadkowie, to najlepsza instytucja opiekuńcza (nota bene Babci Eli dziękujemy za opiekę dwutygodniową po naszym przyjeździe z wakacji!!! Tylko rodziców Pawła tutaj brakowało do kompletu…). Cieszyliśmy się w ukryciu, że dziadkowie są z nami, choć może ze względu na temperatury i długa podróż, wyjazd był dla nich nadto uciążliwy. Babcia zawsze elegancka z kapeluszem pilnowała na lądzie, dziadek w wodzie. Te chwile zapadną nam w pamięci, ponieważ nasi rodzice, dziadkowie, są wyjątkowi. :) Ale oprócz tej piaszczystej plaży odnaleźliśmy również bardziej dzikie, niedostępne dla niewtajemniczonego turysty. Odkryliśmy je przy okazji… poszukiwania skarbów. To jedna z naszych ulubionych zabaw – geocaching. Odnaleźliśmy skarb w starym tunelu po fortyfikacjach nad brzegiem morza po dłuższym spacerze razem z turystycznym GPSem Pawła. Dziewczyny musiały pokonać na początku gąszcz porastających wybrzeże roślin, a następnie po skałach dotrzeć do tunelu. Skały wyglądały jak sprasowane, poprzedzielane szczelinami w biało szarym kolorze, skontrastowane z głębią granatu morza. Na innej plaży, szukając skarbu, byliśmy już tylko w trojkę razem z Juleczką. Tutaj wybrzeże było również kamieniste z charakterystycznymi naturalnymi basenami. Woda wdzierała się wgłąb wybrzeża, pozostając w zagłębieniach między skałkami. Pawełek rozłożył nam kocyk w cieniu na skałach i tak odpoczywaliśmy tam napawając się przepięknym widokiem morza, skałek i przepływających czasami żaglówek na tle sąsiadującej wyspy. Przeskakiwaliśmy też ze skałki na skałkę, aby dotrzeć do najdalszych, niedostępnych miejsc. Julcia była bardzo dzielna, przystając na nasze pomysły.  W tym czasie pozostali byli na plaży po drugiej stronie wyspy. Nie zdecydowaliśmy się na plażowanie razem z nimi ze względu na moje samopoczucie. Innym razem wujek Dawid zabrał dziewczyny na nurkowanie na pomost przy hotelu. Sam odnalazł na dnie jeżowca, ośmiornicę, kawałek ryby i niestety również śmieci. Dziewczyny starały się dorównać wujkowi i również z nim nurkowały, a cioci Ani to nawet udało się w Vela Luka wyłowić kilka ciekawych muszli, które podarowała dziewczynkom.

Na przepyszne  lody chodziliśmy do lodziarni „Monika”… tuż przy hotelu. Lody gratis były tylko dla Monik. :)))

Tylko jeden dzień rozpoczął się pochmurnie. Wykorzystaliśmy chmurną pogodę do zwiedzania pobliskiej miejscowości – Korculi, od której pochodzi nazwa wyspy. Korcula często nazywana jest małym Dubrownikiem ze względu na jej charakterystyczną zabudowę. Otoczona murem obronnym zachwyca starówką na wzniesieniu. Wąskie uliczki, jasne mury starych budowli zachęcają do spacerów. Gdzieniegdzie mijamy drzewka cytrynowe, pomarańczowe i piękne okwiecone krzewy, podobne do azalii. Podobno urodził się tutaj znany podróżnik – Marco Polo, ale niestety nie jest pewne, czy to ten Marco, którego wspomina historia. :)  W końcu dziewczyny naciągają babcię na prezenty w okolicznych bazarkach. Jest tak tłumnie, że pozostawiamy samochód  poza miastem, dużo powyżej Starówki, dlatego, po samochód wracają Dawid z Pawłem, gubiąc trasę i wydłużając sobie spacer. W tym czasie my idziemy na lody, zadowoleni, że ominie nas spacer pod górę.

15 lipca obchodzimy rocznice ślubu rodziców. Ania z Dawidem zapraszają wszystkich na wspólną kolację do regionalnej tawerny. Pani – właścicielka z nienagannym angielskim – zachęca do zamówienia kilku rodzajów ryb złowionych podobno tego samego dnia. Kosztujemy też ostryg wędzonych i pieczonych, zapiekanych ziemniaków z cukinią. Dzieci kosztują tutejszą lemoniadę, a my korculańskie wino. Czas płynie szybko, bo przyjemnie. W końcu Ania uświadamia nam, troszkę na głos, w jakiej wyjątkowej chwili jesteśmy, choć pewnie każdy z nas w duszy myśli to samo… cieszymy się, że jesteśmy razem i że nie ma tęsknoty i żalu, że tak daleko od siebie mieszkamy i nie widzimy częściej.

W przedostatnim dniu wyjazdu Ania z Dawidem wypożyczyli motorówkę i popłynęli nią eksplorować pobliskie wysepki. Wrócili jednak wcześniej z eskapady po Zosię, Marlenkę i Juleczkę, i dziewczynki już tylko z Dawidem i Pawłem popłynęli na inną wyspę poszukując „skarbu”. Zabawa była fantastyczna i stanowiła wstęp do urodzinek Juleczki i Łukaszka. Po przyjeździe poszliśmy na pyszny obiad przy hotelowej restauracji, a po nim do naszego apartamentu, gdzie czekał na solenizantów lodowy torcik, prezenty i balony. Dziewczyny miały kolejną okazję na popisy, śpiewy i tańce. Nawet Łukaszek wziął w nim udział i bezapelacyjnie został gwiazdą wieczoru jako Superman. Ten ostatni wieczór był bardzo wesoły. Byliśmy szczęśliwi, że te wakacje nam się tak udały.

Dodaj komentarz