Pomysł z wyjazdem do Chorwacji urodził się w marcu, w trakcie planowania przyjazdu wakacyjnego siostry z rodzinką do Polski. Wielokrotnie wizyty te kończyły się na odwiedzinach rodziny, a czasu na wspólne przebywanie było bardzo mało, stąd pomysł do wspólnego wyjazdu z rodzicami szybko został zaakceptowany. Ania zaproponowała miejsce na chorwackiej wyspie Korcula. Początkowo przerażała nas odległość do przebycia, ponieważ o samolocie nie było mowy. W ostatecznej wersji mieliśmy jechać dwoma samochodami i na trasie mieliśmy się spotkać w pierwszym dniu wyjazdu koło czeskiego miasta Brno. Wyjechaliśmy z dwóch punktów niezależnie, my z Pawełkiem z naszego miasta, natomiast siostra z mężem Dawidem, Zosią i Łukaszkiem, razem z babcią Marylką i dziadkiem Olkiem oraz naszymi dziewczynkami Juleczką i Marlenką ze Śląska. Pół trasy od granicy Czech do okolic Brna przespałam, moja kondycja była jeszcze nadal słaba, więc nie wiem jakimi drogami jechaliśmy. Podobno jechało się jak po naszej starej autostradzie z płyt do Wrocławia.
Za Brnem zadzwoniła Ania, że zatrzymali się na obiad w barze tuż za miastem o nazwie „Marlenka”. Okazało się, że byliśmy tuż za nimi, więc bacznie szukaliśmy baru o tej nazwie. Niestety „Marlenki” nie było, ale za to był bar „U Toma”. Tam też postanowiliśmy na chwilę się zatrzymać i odnaleźć bar „Marlenka” na mapie. Nie zdążyliśmy jednak tego zrobić, ponieważ dziewczynki z dziadkiem podbiegły nieoczekiwanie do naszego samochodu. Okazało się, że to tylko parasol w barze miał napis „Marlenka”. Mieliśmy niesamowite szczęście, że się tam spotkaliśmy!!! Wielka radość!!! Wreszcie spotkaliśmy się!!! Nasz wyjazd wspólny rozpoczął się właśnie w barze „U Toma” pod Brnem. Z tej wielkiej radości i przejęcia nasza kochana Juleczka zostawiła tam swojego czarnego kotka maskotkę, z którym nie lubiła się rozstawać. Dramat utraty ulubionej maskotki został zażegnany obietnicą, że w drodze powrotnej odzyskamy kotka.
Pierwszy nocleg był zaplanowany w austriackim mieście Graz w hotelu Roomz. Do hotelu dotarliśmy wieczorem. Hotel zarezerwowała wcześniej siostra, a ze względu na zmianę naszej trasy, zarezerwowała również dla nas na kilka dni przed wyjazdem. Nie spodziewaliśmy się takich luksusów. Wow, dziewczynki były zachwycone, my też…Zasnęliśmy natychmiast. Przed nami drugi dzień podroży z celem w Split w Chorwacji.
Z Graz do Słowenii dotarliśmy w godzinę. Tym razem samochodem już jechaliśmy w pełnym czteroosobowym składzie z Marlenką i Juleczką. Rozdzieliśmy się samochodami, ponieważ Dawid prowadził dużo szybciej i ich jazda była uzależniona od Łukaszka. Trasa na Słowenii przebiegała autostradą, wygodnie i… drogo obok większych miast Maribor, Ptuj. Po przekroczeniu granicy Sloweńsko-Chorwackiej poczuliśmy się tak, jakbyśmy dotarli na miejsce, ale od granicy do Split czekało nas jeszcze kilka godzin jazdy. Droga jednak nie dłużyła się, wijąc w górach, dostarczała wiele ciekawych widoków. Dziewczynki podczas jazdy czekały na każdy tunel. W trakcie jazdy nie udało nam się spotkać, dopiero po przyjeździe do Split.
Split powitał nas korkiem ulicznym, tłumem na ulicach, wysoką temperaturą i rzymskim klimatem Pałacu Dioklecjana. Pechowo natrafiliśmy na festiwal muzyki elektronicznej. Ze względu na zmiany w planach odnośnie podróży, nie mieliśmy wcześniejszej rezerwacji. Nocleg odszukaliśmy przez Informację Turystyczną. Kupiliśmy wg Pani najtańszy „ostatni nocleg” w Split za bagatela 90 EURO. Rodzice, dziewczynki i siostra nocowali w hotelu w samym centrum Split w starych murach Pałacu…Po cichu im zazdrościliśmy, ale nasz apartament też nie był zły, no i dzięki temu mieliśmy wieczór dla siebie…
Wieczór spędziliśmy w ruinach Pałacu Dioklecjana, wałęsając się wśród tłumów w klimatycznym miejscu, gdzie restauracje i bary „wychodziły wprost” na ulicę. Tłumy biesiadowały dosłownie wszędzie, wprost na ulicy, schodach i wszelkich możliwych miejscach. Kiedy spacerowaliśmy tak bez celu uliczkami, usłyszeliśmy piękny głos barytonu z towarzyszeniem orkiestry. Gdzieś w pobliżu był koncert operowy na wolnym powietrzu. Dotarliśmy więc tam pośpiesznie i zobaczyliśmy namiastkę przedstawienia, ciesząc się dźwiękami, obrazem i nastrojem chwili. Piękny wieczorny spacer. :) Zachciało nam się wyjazdów do pięknych historycznych miejsc….
Wczesnym rankiem ustawiliśmy się w kolejce na prom, którym mieliśmy dotrzeć bezpośrednio na wyspę Korcula. Pierwszy raz statkiem. Dziewczyny były przejęte i miały fantastyczną frajdę. Oto one leciały już samolotem, a teraz prawdziwym statkiem. Podziwialiśmy widoki z promu, mijając wyspy. Problemem okazała się lodówka, którą chcieliśmy dowieźć do Korculi. Nie wiem jakim cudem pan z obsługi promu pozwolił nam skorzystać z prądu na statku, po odnalezieniu przez Pawła odpowiedniej wtyczki i mojej prośbie łamanym angielskim. :)
Wyspa zaskoczyła nas pozytywnie. Na pierwszy rzut oka wydawała się dzika i niezaludniona. Przejechaliśmy drogą wzdłuż wyspy, wśród niskiej roślinności typowej dla klimatu śródziemnomorskiego. Podobno całkiem niedawno, było tu wiele winnic. Niestety choroba spowodowała prawie całkowitą ich likwidację. Tylko gdzieniegdzie już pozostały małe winnice, z których delektowaliśmy się korculańskim winem.
W końcu zmęczeni podrożą, wysokimi temperaturami, dotarliśmy do miasteczka na drugim końcu wyspy – Lumbardy, i tam spędziliśmy tydzień niezapomnianych fantastycznych wakacji z najbliższymi – tymi, których bardzo kochamy!!!


































